piątek, 8 listopada 2013

Caput VI

Kolejny dzień w szkole. Zuzka jak zwykle spędziła przerwę na oddalonym od szkolnego gwaru czwartym piętrze. Obejmując ściśle ramionami kolana, przytuliwszy twarz do zabrudzonej od deszczu szyby, siedziała na zakurzonej, dawno niesprzątanej podłodze przy oknie z dala od ludzi ze swojej klasy. Nie przepadała bowiem za ich towarzystwem. Od ich nieustannych krzyków i pisków zdecydowanie wolała kojące uszy dźwięki płynące z jej słuchawek wprost do uszu – na przemian to ostre, to łagodne oraz spokój, który tak bardzo ceniła. Zamiast zaś patrzeć na ich infantylne zachowania przypominające małpie harce, kierowała wzrok na kojący, miły dla oka widok rozciągający się za oknem. Odkąd tylko pamiętała, właśnie w ów niecodzienny sposób spędzała przerwy w liceum. Jej alienacja po części brała się z umiłowania samotności, po części zaś z nieumiejętności porozumienia się z rówieśnikami. Od pewnego czasu, ilekroć próbowała porozmawiać z kimś znajomym, wszelkie jej próby kończyły się fiaskiem. Nie potrafiła bowiem trwonić czasu na plotkowanie czy też marnować energii na dialogi, które zdawały się nie mieć nawet tematu. Ona sama jednak, swoim spojrzeniem na świat, a także szeroką i ogólną wiedzą, zawstydzała ludzi, często nieświadomie wpędzając ich w poczucie niższości, tym samym odsuwając ich od siebie. Początkowo czuła się z owym stanem rzeczy niesamowicie nieswojo. Odpowiedzialności za rzeczywistość i rozwiązania problemu poszukiwała wyłącznie w sobie. Pewnego dnia jednak, odkrywszy osamotnioną kondygnację w budynku swojej szkoły uświadomiła sobie, iż to nie w niej tkwiła przeszkoda. Odpowiedzią na nurtujące ją pytanie  była nie ona, lecz otaczająca ją właśnie społeczność. Większość bowiem nie zawsze jest bardziej wartościowa aniżeli jednostka. Asymilacja polega na przejęciu norm i zachowań. Dlaczego jednak Zuza miałaby wypierać się swojej tożsamości i tracić wartościowe cechy wyłącznie po to, by zyskać znajomych? Stając więc przed trudem egzystencjalnego wyboru pomiędzy sobą a grupą, zdecydowała się pokochać samotność, by nie żyć wbrew sobie i odzyskać wewnętrzny spokój.
 Po zakończonych zajęciach dziewczyna niespiesznie, spokojnie wyszła ze szkoły. W końcu dokąd miała się spieszyć? Późniejszy powrót do mieszkania oznaczał dla niej jedynie mniej czasu spędzonego z Oleńką i znerwicowaną po kolejnym nocnym dyżurze mamą. Dlatego też, pomimo stosunkowo dalekiej drogi do domu, dziewczyna przebywała ją autobusem. Robiła to tylko i wyłącznie wtedy, gdy czuła się niezmiernie wycieńczona po zajęciach z wychowania fizycznego lub gdy na dworze panowała wyjątkowo nieprzyjemna aura.
Gdy po długim spacerze w końcu weszła do domu, jej twarz omiotło przyjemne, domowe ciepło. Choć wiosna nadchodziła milowymi krokami, na zewnątrz wciąż panował chłód. Rozkoszując się więc kojącym, otulającym ją ciepłem, zdjęła kurtkę, odwiesiła ją na miejsce, po czym skierowała się do swojego pokoju. Pierwszą rzeczą, jaką w nim zobaczyła, był wciąż ładujący się telefon. „No jasne – pomyślała. – Zapomniałam go wczoraj odłączyć od prądu…”
 Kiedy tylko wzięła urządzenie do ręki, mimochodem zerknęła na skrzynkę odbiorczą. Ujrzawszy powiadomienie o ilości nieodebranych połączeń, od razu ucieszyła się, że tak szybko zwróciła uwagę na komórkę ściśle przymocowaną do ładowarki. Trzynaście wiadomości! I sześć telefonów! Od kogo? Oczywiście od Oliwiera!
„To się chyba nazywa nomofobia." – pomyślała dziewczyna z nieznacznym uśmiechem, czytając pierwszego smsa. Kiedy jednak uświadomiła sobie dokładną treść tej oraz kolejnych wiadomości, radość szybko zniknęła z jej twarzy.

„Hej! Co robisz jutro?”
 „Czeeeeeść! Masz jakieś plany na dzisiaj? :D”
„No dobra, moja propozycja jest taka: spotkajmy się dzisiaj koło tego naszego klonu o 14.  Bądź!”
 „Nie ma Cię. Jak nie będziesz za 10 minut, to po Ciebie idę!”
 „ODPISZ!!!”
 „10 minut. Pod Twoim domem. Jak Cię nie będzie, wchodzę!”

Z ostatniego smsa wynikało, iż do domniemanego spotkania Orłowskiej zostały zaledwie cztery minuty. Jej wrodzona przekora podszeptywała jej złośliwie, by cierpliwie poczekała na swobodny rozwój wydarzeń. Miała ochotę zobaczyć, ile razy Lejkowicz zamierzał jeszcze grozić jej wizytą w jej mieszkaniu zanim faktycznie zdecydowałby się na ów stricte desperacki krok. Szybko jednak zrezygnowała ze swego straceńczego wręcz pomysłu – był bowiem zbyt ryzykowny. Kiedy jeszcze raz spojrzała na ostatnią wiadomość od chłopaka, w jej umyśle zaczęły rodzić się wątpliwości. Miała wielką ochotę powiedzieć Oliwierowi, że jest chora lub też wymyślić zupełnie inne, bardziej przekonujące kłamstwo, lecz w głębi duszy – nie wiedzieć czemu – pragnęła się z nim spotkać. Niemniej jednak nieodparta chęć zobaczenia się z chłopakiem bardzo ją zaniepokoiła. Nie była bowiem reakcją typową dla jej nieufnego podejścia do ludzi ani też dla jej trudnego charakteru. Postanowiła jednak odłożyć dręczące ją myśli na dalszy plan i w mgnieniu oka podjęła spontaniczną decyzję. Niewiele myśląc, szybko napisała na kartce krótką wiadomość do śpiącej wciąż mamy. Poinformowała ją, że wychodzi, nie wie, kiedy wróci oraz że będzie pod telefonem, po czym  przyczepiła ją na lodówkę i prędko wyszła z domu.
Gdy tylko zobaczyła chłopaka idącego w jej stronę, oskarżycielskim tonem prędko zaczęła mówić:
– Czy ty nie masz życia osobistego? Nie przyszło ci do głowy, że jak nie odbieram telefonu, to znaczy, że go nie mam przy sobie?! Gdyby nie to, że zwróciłam na niego uwagę po powrocie ze szkoły, to byś mnie do reszty załatwił!
– Ciebie też cudownie widzieć – odparł niczym nieprzejęty chłopak z szerokim uśmiechem, przytulając dziewczynę na powitanie oraz delikatnie muskając ustami jej skroń. Jego beztroska i dziecinne wręcz niezrozumienie zarzutów były tak rozbrajające, iż Zuzka nie mogła nie odwzajemnić tego krótkiego uścisku. – A telefon nosi się przy sobie. Właśnie do tego on służy! Poza tym i tak bym nie wparował do twojego mieszkania, bo nie wiem nawet, które to…
– Emm… No dobra, fakt – jestem głupia… – zająknęła się dziewczyna, spuszczając szybko zawstydzone spojrzenie i wkładając ręce do kieszeni kurtki. Jak mogła dać się nabrać na tak błahy żart? Uświadamiając sobie swoją łatwowierność niespodziewanie poczuła, że zawiodła samą siebie. Nie chciała jednak roztrząsać tego w obecności żużlowca. Zamiast tego więc, by skupić na czymś uwagę ich obojga, wróciła do przerwanej przed momentem rozmowy. – Ale do sedna: skąd ta twoja nagła desperacja, żeby gdzieś ze mną wyjść? – spytała szczerze zaciekawiona, zerkając na Oliwiera spod ukosa.
– Mam dla ciebie pewną propozycję nie do odrzucenia... – powiedział, siląc się na tajemniczy wyraz twarzy. Bezskutecznie zresztą, gdyż w jego oczach iskrzyły ogniki zapału i podekscytowania, a jego usta lekko drgały pod naporem powstrzymywanego uśmiechu.
– Mam się zacząć bać? – spytała blondynka, sceptycznie unosząc brew, starając się przybrać maskę pogardy.
– Ech, po prostu ostatnio do mnie dotarło, że pewnie nigdy nie siedziałaś na motocyklu i tak sobie pomyślałem, że nie wiesz, co straciłaś, więc postanowiłem łaskawie zlitować się nad tobą i zabrać cię na małą przejażdżkę – powiedział jak gdyby od niechcenia, ręką wskazując na dużego, czarno-czerwonego ścigacza, który stał zaparkowany pod ogromnym klonem tuż obok nich.
– Wow, prawie mnie przekonał twój altruizm, szpanerze. – zaśmiała się, splatając ręce na piersiach.
– Ja? Szpanerem? Słońce, ranisz moje ego! – powiedział chłopak, teatralnie łapiąc się za serce, by podkreślić swą udawaną rozpacz. Przy każdej okazji, gdy żużlowiec odgrywał przed dziewczyną kolejną hiperboliczną scenkę rodzajową, zielonooka zastanawiała się, dlaczego nie zdecydował się na karierę aktorską. Gdyby nie znała go wystarczająco dobrze, na pewno uwierzyłaby w jego lament.
– Ego? – spytała ze śmiechem, poklepując chłopaka po ramieniu. – Proszę cię! Nadwrażliwe ego i szpanerstwo to najbardziej charakterystyczne cechy każdego faceta. Co zabawne – jedno nadrabia drugie. Dlaczego więc to zwykłe stwierdzenie faktu tak cię rani?
– Dobra, masz mnie. Chyba najwyższy czas zmienić taktykę. Proooooooo... – zaczął.
– Jezu… – mruknęła Zuza nie wiedząc, czy powinna zacząć śmiać się, czy też może płakać nad infantylnością Lejkowicza.
– …oooooooooooooooooo…
– Ech… Masz szczęście, że lubię motocykle – powiedziała po kilkunastu sekundach, wywracając oczami. Gdy zaś zdała sobie sprawę z tego, że chłopak – ze względu na swój wrodzony upór – gotów będzie udusić się aniżeli zaprzestanie starań, tym samym porzucając swoje zadanie. Ze względu na wrodzony altruizm, nie zamierzała narażać go na zgon, a tym bardziej brać go na swoje – i tak już znacznie zszargane – sumienie.
– …oszę! Widzisz? To się chyba nazywa dar przekonywania – odparł Oliwier z pełnym zadowolenia i triumfu uśmiechem, po czym zaproponował dziewczynie ramię ruchem tak komicznie dworskim, że Zuzka ze śmiechem je przyjęła. Musiała, gdyż miał przy tym minę tak uroczą, iż nie potrafiła wykrzesać z siebie jakiegokolwiek oporu.
 Lejkowicz zaprowadził ją do ścigacza swojego przyjaciela – Patryka. Pożyczył go bowiem wyłącznie po to, by pokazać blondynce, czym jest prawdziwa jazda na motocyklu. Kochał swojego crossa, jednak nie była to maszyna, która służyłaby do rozwijania straceńczych prędkości, którymi tak bardzo żużlowiec chciał się pochwalić. Dziewczyna miała rację oskarżając go o chęć popisania się umiejętnościami. Prędzej jednak piekło zamarzłoby, aniżeli chłopak przyznałby się do pobudek, jakie nim kierowały…
Lejkowicz wziął do rąk dwa czarne, błyszczące niczym wypolerowane kaski, po czym jeden z nich podał Zuzie. Gdy zobaczył, że nie miała problemów z jego założeniem, zajął miejsce za kierownicą i sam wsunął na głowę drugi z nich. Zauważając wahanie Orłowskiej, delikatnym skinieniem głowy wskazał, by za nim usiadła.
– Tylko skretyniali szpanerzy jeżdżą na ścigaczach! Crossy są o niebo lepsze! – skomentowała złośliwie, aby ukazać swoje udawane niezadowolenie, czym zatuszowała skrępowanie, jakie zawładnęło jej ciałem, gdy tylko jej umysł nawiedziła wizualizacja wspólnej przejażdżki.
– Cholera … – bąknął pod nosem. Na jego szczęście dziewczyna nie usłyszała jego wypowiedzianych półszeptem słów. – Muszę się wreszcie za niego zabrać...
Zuza westchnęła ciężko, po czym usiadła na motocyklu dość niechętnie i nieco niezręcznie. Czuła się dziwnie, będąc tak blisko chłopaka. Nie była przyzwyczajona do takiej poufałości z drugim człowiekiem… Orłowska nigdy nie należała do osób, które szukały pretekstu, by zaznać bliskości innych osób. Wręcz przeciwnie, nie chciała naruszać niczyjej strefy osobistej, tak jak i sama nie czuła się dobrze, gdy ktoś obcy naruszał jej intymność.
On natomiast, zauważając jej wątpliwości, bezceremonialnie sięgnął po jej ręce i owinął je sobie wokół pasa. Jakby nie patrzeć – bezpieczeństwo było ważniejsze niż nieśmiałość czy cokolwiek innego, co kierowało dziewczyną… Kiedy tylko ich ciała się zetknęły, Orłowska odruchowo chciała się odsunąć, gdyż chłopak bez pozwolenia czy też chociażby ostrzeżenia naruszył jej przestrzeń osobistą.
Uczucie dyskomfortu minęło jednak bezpowrotnie, gdy żużlowiec uruchomił silnik i ruszył w diabelską pogoń za niedoścignionym. Wtedy zamiast się odsunąć, Zuzka kurczowo przylgnęła swoim ciałem do jego tułowia. Któż wcześniej pomyślałby, iż osoba, która od dawna marzyła o śmierci, potrafiła tak zadziwiająco mocno trzymać się życia…
Dopiero po chwili jazdy blondynka opamiętała się i uspokoiła. „Oliwier to profesjonalista. Mogę mu śmiało zaufać. Przecież to nic przerażającego. W końcu zawsze chciałaś się przejechać motocyklem! Wyluzuj więc i ciesz się tym!” – powtarzała sobie w myślach niczym mantrę.
Jazda motocyklem była dla Zuzki czymś niesamowitym. Ten pęd powietrza, szybko mijające po bokach obrazy… Orłowska miała wrażenie jakby unosiła się ponad ciepłą powierzchnią asfaltu, leciała w nieznane. Była zależna od woli kierowcy, jednakże tym razem nie przeszkadzało jej to. Po raz pierwszy nie czuła psychosomatycznej potrzeby wyrwania się spod czyjejś kurateli. Zaufała mu. Dlatego też w końcu zaczęła delektować się jazdą i czerpać z niej prawdziwą przyjemność. Nic dziwnego, że Lejkowicz to kochał. Podróż była przecież niesamowita! Ta adrenalina, wolność, szybkość…
Chłopak wyczuł emocje targające jego towarzyszką. Gdyby Zuza przez cały czas nerwowo trzymała się go, modląc o koniec przejażdżki, nigdy nie zrealizowałby swego szatańskiego planu. Teraz jednak wiedział, iż jazda naprawdę podobała się dziewczynie, a ona sama – choć na krótką chwilę – zaufała mu. W związku z tym postanowił pokazać, na co naprawdę stać jego oraz jego maszynę. Pomysł ten spowodowany był po części czystą złośliwością, a po części zaś ciekawością. Niespodziewanie skręcił gwałtownie i skierował się w stronę autostrady.
– Chcesz zobaczyć, czym jest prawdziwe szpanerstwo? No to masz. Sama się o to prosiłaś – krzyknął, stojąc na ostatnich światłach przed wjazdem na obwodnicę.
– Co?! Chyba nie… – pozostałe słowa Zuzki zagłuszył ryk silnika rozpędzającego się właśnie motocykla, gdy nad ich głowami rozżarzyło się zielone światło.
Na autostradzie chłopak rozwinął maksymalną prędkość, na jaką mógł pozwolić sobie przy jeździe z pasażerem. Swobodnie lawirował między tirami i samochodami, a przerażona dziewczyna z każdą chwilą coraz mocniej się go trzymała, kurczowo i ściśle przylegając swoim do jego ciała. O tak… Żużlowiec doskonale się bawił jej kosztem. Ale cóż – dziewczynie należała się kara za wszystkie złośliwości, jakimi zdążyła obdarzyć go tego popołudnia. Powinna nauczyć się, iż kierowcy się nie drażni. Przynajmniej przed jazdą.
Zuza zaś przez całą drogę złorzeczyła chłopakowi w myślach. Z całych sił wbijając palce w skórzany materiał kurtki kierowcy poprzysięgła sobie, iż chłopak słono pożałuje swojego wybryku. Jeśli choćby przez moment myślał, że kiedykolwiek jeszcze Zuzka zdecyduje się na jakąkolwiek wyprawę z nim i usiądzie na tę piekielną maszynę, był błędzie. Tymczasem jednak jedyną rzeczą, jaka interesowała ją w owej chwili była myśl, by go – broń Boże – nie puścić. Przez jej głowę przesuwały się miliony splątanych ze sobą niczym drobne korzonki roślin myśli. Jednego jednakże była stuprocentowo pewna: kiedy w końcu się zatrzymają, sportowiec choć na chwilę straci słuch, gdy wykrzyczy mu wprost do ucha, co tak naprawdę o nim sądzi. O ile do tego czasu się nie zabiją, oczywiście.
Niestety, plany Zuzy nie spełniły się… Kiedy Oliwier zjechał z autostrady i stanął na poboczu, zwiotczałe mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa. Z całych sił starała się zejść z motocykla, aczkolwiek jej ciało nie pozwalało jej zachować resztek godności. Powoli próbowała wyczuć pod stopami twarde podłoże, jednak jej kończyny zdawały się być całkowicie odrętwiałe. Zsuwając się z maszyny, bezwładnie wpadła w ramiona chłopaka, który – widząc jej niecodzienne zachowanie i otumanienie – w mgnieniu oka zorientował się, iż Zuzka może potrzebować asekuracji. Na szczęście zdążył złapać ją nim dziewczyna znalazła się na ziemi, co zapewne pogorszyłoby jej już i tak nienajlepsze samopoczucie. Jego zachowania jednak nie można było uznać za miłe czy też gentlemańskie, ponieważ – choć starał się być dla niej podporą – Lejkowicz mimowolnie wciąż śmiał się z zaskakującej reakcji swojej przyjaciółki.
Blondynka przez chwilę czuła się jak po jednej z imprez. Świat w jej głowie nieustannie wirował, utrudniając jej zachowanie równowagi, a treść śniadania zdawała się rozpoczynać wędrówkę w poszukiwaniu wyjścia z mrocznych czeluści żołądka. Mimo wszystko jednak Zuza nadal była w stanie mówić.
– Ty cholerny popaprańcu! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak się to mogło skończyć?! Wiesz, jakie to było niebezpieczne?! Czy ty może naprawdę chciałeś zginąć?! I tak przy okazji zabić mnie?! Jak tak, to proszę bardzo – kiedy tylko odzyskam panowanie nad mięśniami – przysięgam ci, że skończysz tak samo, jak któraś z ofiar Kuby Rozpruwacza! Już ja się o to zatroszczę! – krzyczała bez opamiętania, z całych sił wbijając palce w ramiona chłopaka. Miała ogromną ochotę wyładować kumulujące się w jej wnętrzu frustracje uderzając pięściami w jego ciało traktując go jak przeciwnika na ringu. Zmęczenie jednak nie przesłoniło jej racjonalnego myślenia w stopniu tak znacznym, by posunęła się do tak desperackiego kroku. Doskonale wiedziała, iż gdyby Oliwier choć na chwilę poluzował swój żelazny wręcz uścisk, jej bezwładne ciało najpewniej z impetem opadłoby na ziemię.
– Wiesz… Myślałem, że – jako osoba, która nienawidzi świata – będziesz raczej zadowolona z takiego obrotu spraw. Jakby nie było, to nie jest najgorsza śmierć. Widoki ładne, przeżycie niesamowite,… ach, i ten wiatr we włosach… No i moje towarzystwo. Nawet ty musiałaś to docenić! – powiedział sportowiec ze złośliwym uśmiechem, gdy tylko Zuza pozwoliła mu choć na chwilę dojść do głosu. – Poza tym, nie zabiłbym nas. Jestem profesjonalistą – dodał po chwili z dumą w głosie.
– No cóż, Panie Wielki Profesjonalisto. Lepiej, żebyś mi wynagrodził ten numer. I to sowicie. Bo jak nie, to się zemszczę. Nie wiem jeszcze jak i kiedy, ale powinieneś wiedzieć, że z kobietami się nie zadziera. Zwłaszcza ze zdrowo wnerwionymi kobietami, bo właśnie z taką masz w tej chwili do czynienia. Więc dobrze ci radzę – uważaj na siebie – powiedziała Zuza, obdarzając go błyszczącym i jakże intensywnym spojrzeniem świadczącym o powadze każdego wypowiadanego przez nią słowa i nieznacznym uśmiechem, który doskonale komponował się z groźbami płynącymi z jej ust, nadając im szyderczy charakter. Ostatnie wyrazy zaś wypowiedziała niemalże szeptem. Dzięki swojej młodszej siostrze, zielonooka mistrzowsko opanowała umiejętność grożenia ludziom w sposób, który robił wrażenie na każdym. Niestety, w reakcji na jej wypowiedź, Oliwier poluźnił uścisk, jakim ją obdarzył i mimowolnie odsunął się nieznacznie, przez co dziewczyna ponownie zachwiała się lekko, tracąc tym samym całą swą powagę, a także drapieżny wyraz twarzy, który musiał ustąpić miejsca lekkiemu grymasowi. Chłopak, ledwie panując nad twarzą, ponownie chwycił ją w pół, po raz kolejny tego dnia chroniąc ją przed bolesnym upadkiem. Tym razem jednak dziewczyna uznała, iż – pomimo cisnących się jej na usta słów pretensji – powinna zamilknąć. Będąc skazaną na chwilową łaskę Lejkowicza, otrzymała drobną lekcję pokory, którą chciała jak najszybciej zakończyć, bowiem jej anarchistyczna dusza nie potrafiła zaakceptować nawet tak błahej zależności od drugiego człowieka, który przecież był jej równy. Żużlowiec natomiast wolał milczeć, aby po raz kolejny nie rozdrażnić lwa tkwiącego w kobiecym ciele. Z trudem jednak powstrzymywał się od rzucenia w jej stronę kilku ironicznych komentarzy.
Niespodziewanie wszelkie złośliwości wyparowały z myśli Oliwiera, kiedy przypadkiem spojrzał w miotające gromy, ale jakże piękne oczy Zuzki. Dopiero teraz spojrzał na nią nie jak na człowieka, który potrzebuje pomocy, ale jak na dziewczynę – młodą i niezwykle atrakcyjną. Szybkim spojrzeniem omiótł jej symetryczną twarz – gładką skórę, pełne usta – oraz ponętne ciało. Bliskość blondynki, otaczająca ich piękna przyroda, nieskażona niczym cisza oraz fakt, że byli tu tylko we dwoje sprawiły, iż nagle poczuł nieodpartą chęć zminimalizowania dzielącego ich dystansu oraz przyciągnięcia Orłowskiej do siebie. Jego wzrok niemal wbrew jego woli przesunął się na usta dziewczyny, które znajdowały się w tej chwili niebezpiecznie blisko jego twarzy. Były zaciśnięte na kształt wąskiej kreski – niedostępne, a przez to tak kuszące. Chłopak – wiedziony instynktem zdobywcy – odpłynął myślami od rzeczywistości. Jak gdyby na przekór rozsądkowi zaczął zastanawiać się, czy jej niewzruszone wargi nadal stawiałyby opór, gdyby naparł na nie swoimi… Jego ciało ogarnęła przemożna chęć poczucia bliskości dziewczyny. Nagle poczuł, iż jego dłonie leżące w tej chwili nieruchomo na talii blondynki, zapragnęły dokładniej zapoznać się z kształtami jej ciała, a jego usta chciały poznać słodki smak jej warg, skóry… Powoli zsunął swoją dłoń z talii dziewczyny, delikatnie wodząc nią w dół jej pleców. Widząc zaś, że Zuzka była zbyt oszołomiona, by składać jakiekolwiek protesty, odważnie przyciągnął ją do siebie. Jakaś część niego bowiem pragnęła mieć jej ciało jak najbliżej, wyłącznie dla siebie, na własność. Spoglądając na nią zachłannie, pochylił się nad jej twarzą. Magnes, który ciągnął go do Orłowskiej od samego początku ich znajomości był teraz zbyt silny, by przezwyciężyć obawę przed gniewem dziewczyny. Kiedy jednak ciepły oddech blondynki dotknął jego skóry, żużlowiec w ostatniej chwili przesunął usta, tym samym złożywszy przelotny pocałunek na policzku dziewczyny.
– Złość piękności szkodzi! – rzucił z szerokim uśmiechem, chcąc odwrócić uwagę zielonookiej od swojego niecodziennego zachowania. Na szczęście szybko udało mu się poskromić swój instynkt. W ostatniej chwili ocalił ich dwójkę przed niewyobrażalną niezręcznością, przypomniał sobie bowiem o swojej dziewczynie. Bez względu na to, co działo się między nimi, nie miał prawa myśleć w taki sposób o Zuzie. Byłoby to przecież nielojalne wobec ich obu. Pomimo tego, iż nie zrobił niczego niestosownego, natychmiast ogarnęły go wyrzuty sumienia. W głowie karcił się za to, o czym pomyślał i, przede wszystkim za to, jaki był naprawdę – niewierny, ulegający popędom, impulsywny. Nie chcąc jednak tracić przyjemności, którą czerpał z tego dnia, w jednej chwili porzucił bezsensowne rozważania. Prewencyjnie jednak odsunął się od Zuzy na bezpieczniejszą odległość i podprowadził ją w stronę stojącej najbliżej ławki.
– No dobra, to może zacznę tę swoją rehabilitację w twoich oczach od tego, że usiądziemy. Przydałoby się, żebyś się trochę… ustabilizowała. No chyba, że to nie przez motocykl, a przez twój zwykły atak katatonii… – powiedział złośliwie, by rozwiać ciszę między nimi, po czym delikatnie szturchnął dziewczynę. Wiedział, że irytując ją, najłatwiej osiągnie swój cel.
Zuzka jednak chwilowo nie była w stanie w żaden sposób zripostować jego drwiny. Niezdarnie wysunęła się z objęć chłopaka i ostrożnie usiadła na zdewastowanym siedzeniu. Wciąż kręciło jej się w głowie. Próbowała skupić wzrok na czymkolwiek, by szybciej odzyskać normalny obraz rzeczywistości i uśmierzyć swój gniew. Jej nieumotywowany niczym wybór padł na obskurny wzór wydrapany w ciemnozielonej farbie pokrywającej ławkę, układający się w wianuszek przekleństw. To jednak wcale nie pozwalało jej się uspokoić, wręcz odwrotnie – myśl o chuligańskiej dewastacji przyprawiała ją o dreszcze. Rozejrzała się więc dookoła. Znajdowali się w jakimś parku, którego Zuzka nie znała. Otaczały ich rozwijające się drzewa i krzewy, których soczystozielone pąki koiły zszargane nerwy dziewczyny. Piękno przyrody potrafiło czynić cuda. Jej wściekłość powoli zaczęła ustępować miejsca zachwytowi i opanowaniu. Dopiero teraz – gdy w końcu odzyskała kontrolę zarówno nad ciałem, jak i umysłem – była w stanie spokojnie porozmawiać z żużlowcem.
– Gdyby moja matka wiedziała o tym, co przed chwilą robiłam, chybaby mnie zabiła... A właśnie – twoi rodzice nie mają nic przeciwko temu, że igrasz ze śmiercią na tym swoim „rumaku”?
Usłyszawszy niewinne pytanie, chłopak wyraźnie spochmurniał. Bez słowa wyjaśnienia spuścił wzrok, po czym sięgnął dłonią w stronę trawnika, z którego zerwał drobny kwiatuszek. Wciąż unikając odpowiedzi na zadane mu pytanie, nerwowo zaczął obrywać płatki drobnej stokrotki. Zuza jednak, nie dostrzegając jego zmieszania, nie dawała za wygraną.
– Hej, chłopczyku! Mówię do ciebie! Czyżby moje otumanienie przeszło teraz na ciebie? Może cierpisz na jakieś spowolnienie reakcji czy coś w tym stylu i dopiero teraz zacząłeś się bać? – zaśmiała się cynicznie, machając dłonią tuż przed oczami Oliwiera. Nie miała pojęcia, na jak grząski temat weszła, pytając o rodzinę. Nie sądziła, że jej pytanie wprawi Lejkowicza w nie lada zakłopotanie. Początkowo Oliwier nie zamierzał zwierzać się blondynce, ponieważ nienawidził opowiadać o swojej przeszłości. Uważał ją za zamknięty rozdział, do którego nie powinien wracać. Od dziecka ojciec wpajał mu, że bez względu na okoliczności, mężczyzna musiał być twardy, by móc stać się podporą dla kobiety. Nie miał prawa więc pozwolić sobie na chwilę słabości w jej obecności. Wiedział jednak, iż nie mogą bezustannie tkwić pośród milczenia. Tkwiąc w impasie, wbił bezmyślne spojrzenie w czubki swoich butów. Nie sądził, by historia jego rodziny była tym, czego dziewczyna powinna dowiedzieć się po tak krótkim czasie znajomości. Przecież nawet jego przyjaciele znali przeważnie tylko jej niewielką, żeby nie powiedzieć niezbędną część Po chwili jednak przypomniał sobie chwilę, w której to  Zuza szczerze opowiadała mu o trapiących ją problemach oraz troskach. Może nie były one tak poważne, jednak jej słowa były szczere i płynęły tamtego dnia prosto z serca blondynki. Czuł, że powinien odwdzięczyć się tym samym. Prawdą. Zasłużyła na to.
Żużlowiec – wciąż nie podnosząc wzroku z ziemi. – wziął głęboki wdech.
– Chcesz wiedzieć, jaki jest stosunek moich rodziców do sportu? Niech ci będzie... To może od początku. Kiedy miałem dwanaście lat, ubłagałem ojca, żeby zapisał mnie do szkółki żużlowej. Sam był fanatykiem, więc się zgodził. Matka podchodziła do tego sceptycznie, ale tacie udało się ją przekonać. Uczyłem się, trenowałem, jakoś to było. Kiedy skończyłem szesnaście lat, zrobiłem licencję i zacząłem jeździć w Sparcie. Ojciec bardzo mnie wspierał i motywował. Było ciężko, ale jakoś dawałem radę. Aż do 21 maja 2009 roku. Tato zawoził mnie na zawody do Leszna… Wiesz, w wieku siedemnastu lat nie miałem przecież prawa jazdy. On zawsze był ze mną, bez względu na wszystko. Aż do tego feralnego dnia. – zawahał się, po czym mimowolnie ściszył głos. – W połowie drogi mieliśmy wypadek. Ojciec umarł. A ja skończyłem tylko z kilkoma siniakami i zadrapaniami! Rozumiesz to? Nic mi się nie stało! Załamałem się. Matka mnie znienawidziła. Ciągle wypominała mi, że przez moje „durne fanaberie” jej kochany mąż nie żyje… Wiecznie miała do mnie pretensje. Nawet nie miała pojęcia, że sam obwiniam się już wystarczająco. Miałem dość. Zacząłem wręcz nałogowo trenować. Tylko, że jakoś bez ojca było mi ciężko. Straciłem wiarę w siebie. Za to zaczęły się imprezy z kolegami z drużyny. W domu nigdy mnie nie było – praktycznie tylko w nim spałem, a i to nie zawsze. Nie było nikogo, kto chciałby mi pomóc, zostałem sam. W końcu poznałem pewną dziewczynę. I wtedy właśnie zaczęło się na dobre. Była moją najlepszą przyjaciółką. I narkomanką. Kiedy nie była na kokainie albo herze, to była nachlana. Ale tylko ona mnie rozumiała, tylko przy niej nie musiałem udawać. Chciałem być taki jak ona, więc też zacząłem brać. Na początku niby nic – LSD, extasy, efedryna. Tylko po to, żeby poczuć się lepiej. Zacząłem kompletnie olewać szkołę. Zostałem na drugi rok w tej samej klasie. Treningi? Z własnej woli nie poszedłem ani razu. Pojawiałem się dopiero, gdy zaczynali po mnie wydzwaniać. Zacząłem eksperymentować z amfetaminą i metamfetaminą. I wtedy zareagował trener. Na szczęście zdążył zanim się fizycznie uzależniłem. Wziął mnie na poważną rozmowę, bo zaczął się o mnie martwić. Dowiedział się, że nie radzę sobie w szkole. Widział, że na torze też już nie jestem taki, jak kiedyś. Zobojętniałem. Nic mi się już nie chciało. To, co mi powiedział, nie było przyjemnie, ale poskutkowało. Dał mi, za przeproszeniem, niezłego kopa w dupę. Zerwałem ze wszystkim, co poznałem w ciągu tego roku. Przestałem brać, a zacząłem znów prawie mieszkać na stadionie. Trenowałem, kiedy tylko się dało. Pan Piotrek cały czas mnie wspierał. Udało mi się odbić od dna, a męczarnie na torze i na siłowni sprawiły, że miałem taką formę jak nigdy wcześniej. Wreszcie zacząłem coś osiągać. A matka? Ona nie zauważyła absolutnie niczego. A może nie chciała zauważyć? W końcu, gdy skończyłem dziewiętnaście lat, miałem wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić sobie dom. Wyprowadziłem się od swojej rodzicielki i od tamtego czasu nie mam z nią kontaktu. Nie odbiera moich telefonów, nie wpuszcza do siebie. Ciągle tylko powtarza: „Zabiłeś go dla kariery!”. Więc jakoś tak zostałem sam. Skończyłem zawodówkę ze średnią 3,33 i zostałem pracoholikiem. Jedynym odstępstwem od zawodów były dla mnie imprezy z kumplami. Ale kiedy niedawno ta moja przyjaciółka pomieszała wódkę z prochami i umarła, przestałem nawet pić. Nie wiem, już nie potrafiłem się zwyczajnie, bezkarnie nachlać bez powodu. No i w taki oto sposób jestem Indywidualnym Mistrzem Świata Juniorów. – Uśmiechnął się sztucznie. – Tak, treningi to mój kolejny nałóg. Ale z tego nie zamierzam rezygnować.
Zuza nie wiedziała, co odpowiedzieć, aby nie zranić chłopaka. Zawsze traktowała ludzi chłodno, racząc ich jedynie sarkazmem i ironią. Tym razem nie zamierzała tego robić. Nie chciała jednak również powiedzieć czegoś tak błahego i banalnego jak „przykro mi” czy „rozumiem cię”. W pierwszej chwili zdały się jej one wyłącznie pustymi słowami. Oliwier na pewno przez te wszystkie lata zdążył nasłuchać się nic nieznaczących frazesów. Ponadto owe słowa byłyby po prostu kłamstwem. Jak miała rozumieć coś, co dotychczas nie mieściło się w jej głowie?
Dziewczyna nie mogła również okazać po sobie współczucia. Przez to Lejkowicz mógłby stracić nad sobą kontrolę. Zuzka wiedziała z doświadczenia, że na emocjonalne kryzysy można pozwolić sobie wyłącznie w samotności. Uczuciowość jest najbardziej osobistą sferą człowieka i nikt obcy nie powinien w nią wkraczać. Blondynka była świadoma tego, iż żużlowiec podczas opowiadania swojej historii był bardzo blisko granicy. Słyszała jak przez całą opowieść głos chłopaka nieznacznie drżał. Żal i cierpienie próbował ukryć za maską, którą dziewczyna dobrze znała z autopsji. Kiedy mówił, wciąż niszczył jakieś roślinki wokół nich albo dłubał paznokciami przy skrawkach farby pokrywających ławkę. Robił wszystko, by nie zdradzić tego, co czuł naprawdę. Dziewczyna nie potrafiła zrozumieć, co skłoniło go do takiej szczerości. Szczerości, która zapewne przyniosła mu niewyobrażalny ból. Niemniej jednak bardzo to doceniała. Do tej pory uznawała go za pewnego siebie, bogatego szpanera, którego największym problemem był brak wianuszka adoratorek. On tymczasem przeszedł w życiu znacznie więcej niż ona.
Zakłopotana spojrzała w górę. Słońce chyliło się ku linii horyzontu, a niebo powoli zmieniało barwę na różowo-pomarańczową.
– Zrobiło się już późno, a do domu trochę daleko. Nie chciałbyś mnie odwieźć? – spytała, wskazując kciukiem na motocykl. Na dźwięk jej melodyjnego, radosnego głosu, sportowiec w końcu uniósł głowę, a  na jego twarzy, pierwszy raz od początku opowieści, zagościł szczery uśmiech.
– Jak sobie pani życzy… – powiedział i – obejmując dziewczynę ramieniem w talii – razem z nią skierował się w stronę ścigacza swojego przyjaciela.

14 komentarzy:

  1. Comaa <3 Najlepiej słucha się w samotności :D
    Ktoś tu się otworzył... jestem w szoku... taka historia...kto by się spodziewał, ale fajnie :) widocznie jej zaufał skoro tak się otworzył :)
    Uwielbiam te dialogi między nimi, wywołują uśmiech na mojej twarzy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo podoba mi się ten blog. Piszesz genialnie, a koncepcja zadziwia. Zostaję czytelniczką na stałe :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie spodziewałam się, że chłopak tyle przeszedł...Jestem ciekawa jak to potoczy się dalej zwłaszcza, że Oliwier ma dziewczynę...Czy ona nie będzie zazdrosna o Zuzkę? Pewnie na to pytanie poznamy wkrótce odpowiedź...

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj bedzie ciekawie.Zuzka z Oliwierem swietnie sie dogaduja . Chlopak wiele przeszedl Zuzki los tez nie ominal . Czekam na kolejny !

    OdpowiedzUsuń
  5. Przepraszam za brak komentarza pod poprzednim rozdziałem, ale dopiero teraz nadrabiam zaległości, więc mam dwa do omówienia ;)
    Poprzedni rozdział, mimo że dość smutny - cudowny. Wspaniale, że Zuza miała się w końcu przed kim otworzyć. To dla niej na pewno duży krok do przodu. Miłe jest także to, że oboje mogą na sobie polegać. To trochę dziwne, że Oliwier się nie poddał w zdobywaniu sympatii u Zuzki, ale cieszę się z tego - taka upartość się czasem przydaje :)
    I przechodzimy do rozdziału, pod którym zamieszczam ten komentarz. Wiedziałam, że nasz najdroższy Oliwier sobie nie odpuści. W końcu to osoba, która nie rezygnuje tak szybko. Byłam pewna, że jeszcze się odezwie.
    I cieszę się, że Twoje opowiadanie w tym momencie mnie nie zaskoczyło: owszem, niespodzianki są fajne, ale... nie, ta nie byłaby fajna. Zuzie potrzebna jest osoba, która będzie przy niej na stałe. I wesprze ją w każdej sytuacji, każdej! A Oliwier z pewnością do takich należy.
    Przejażdżka na motocyklu była fantastycznym pomysłem. Chyba tak naprawdę najlepszym, na który do tej pory wpadł Oliwier. Uwielbiam go! I dlatego jest mi przykro, że miał takie trudne chwile w swoim życiu.
    Zdziwiło mnie też to, że ma dziewczynę i z Zuzką chce się tylko przyjaźnić... Póki co ;>

    PS Czy mi się zdaje, czy ktoś tu lubi Comę? ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziewczyna nieco komplikuje sprawę, a ta dwójka ewidentnie ma się ku sobie.
    Historia chłopaka nieco szokująca, nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.
    Dobrze, że Zuza nie zdecydowała się na te puste słowa. Nie tylko brzmałoby to sztucznie, ale trochę też lekceważąco.
    Oliwier jest póki co moją ulubioną postacią. Czekam na kolejne wątki z jego udziałem. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem pewna, że Oliwier i Zuza już niedługo zostaną parą. Bardzo wiele ich łączy i świetnie się dogadują. Oliwier jest chyba pierwszą osobą, która zdołała się przebić przez przez mur, jaki dziewczyna zbudowała wokół siebie i najwyraźniej zdołała nawet go polubić. Nie dziwię się jednak, że Zuza nakrzyczała na chłopaka za tę szybką jazdę na motorze. Może i należało jej się za te wszystkie złośliwe uwagi, ale ja na jej miejscu na pewno też śmiertelnie bym się bała. Nie rozumiem tylko, jak to jest, że Oliwier ma dziewczynę, a tyle czasu spędza z Zuzą, stara się wywołać na jej twarzy uśmiech, przejmuje się jej opinią na różne tematy i ciągle do niej wydzwania. Patrząc na takie zachowanie, nigdy bym nie pomyślała, że chłopak jest w związku. A może po prostu nie jest szczęśliwy z tą swoją dziewczyną...?
    Oliwier miał naprawdę smutną przeszłość. Rozumiem, że jego mama mogła czuć się źle z tego powodu, że jej mąż zginął akurat w takich okolicznościach. Ale obwiniać o wszystko dziecko? To po prostu okrutne, to nie była przecież jego wina. Bardzo współczuję mu takiej matki.
    Pozdrawiam
    koszmar-na-jawie
    b-u-n-t

    OdpowiedzUsuń
  8. Do tej pory myślałam, że światy Zuzy i Oliwera się różnią. Teraz wiem, że ich historie są w pewnym sensie podobne. Kto by pomyślał, że pewny siebie żużlowiec kryje taką tajemnicę. I dziewczyna i chłopak nie mają najlepszych relacji z matkami, a chyba nie powinno tak być. w końcu to powinny być najbliższe osoby, które w każdej sytuacji staną za własnym dzieckiem. Niestety Zuza i Oliwer nie mogą liczyć na rodzicielki. Może właśnie ten aspekt zbliży ich do siebie jeszcze bardziej.
    To już się chyba stało moim nawykiem, że Oliwer ciągle zbiera u mnie plusy. Tym razem nie może być inaczej. Czytając opis tej przejażdżki, aż na chwilę zamknęłam oczy, starając się być choć przez moment na miejscu Zuzki. Przewijające się w zawrotnym tempie krajobrazy, wiatr we włosach i prędkość. Dziewczyna miała rację, że można mieć wrażenie, że unosi się w powietrzu. Jednym słowem WOLNOŚĆ.
    Cóż może Zuza i Oliwer nie zostaną od razu parą, ale przyjaciółmi na pewno. Tylko pytanie czy bohaterka będzie umiała bezgranicznie zaufać żużlowcowi?
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  9. swietnne bede na pewno to wchodzic

    zapraszam rowniez na mojego bloga dopiero zaczynam miloscpotrafizranic.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudne *.* Piszesz długie rozdziały co bardzo mi się podoba, czekam z niecierpliwością na next ! Co dalej ? To pytanie mnie zadręczy :D
    I dzięki za skomentowanie mojego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  11. Coma, tak, najlepsza muzyka dla duszy. Zmartwiłam się jak przeczytałam, że ma dziewczynę, ale jeszcze bardziej jak opowiedział o swoim życiu. To smutne, bardzo i teraz widzę z jakich dwóch odmiennych światów pochodzą bohaterowie. Chyba nie popełnię, żadnej zbrodni jak powiem, że to jednak Oliwer ma powody do zmartwień, ale może teraz Zuza zrozumie, że jej życie nie jest takie złe :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo dobry rozdział moim zdaniem. Podobają mi się pewne analogie pomiędzy życiem Oliwiera i Zuzy, oboje nie mieli najłatwiej, oboje mają "delikatne" problemy z matkami, choć naturalnie wynikające z czego innego... Zaskoczyła mnie ta historia, ale jednocześnie bardzo mi się podobała. W ogóle, wspaniale kreujecie Oliwiera, on ma bardzo określony charakter, który widać bez względu na to, w jakim nastroju akurat jest. Zuza z resztą też jest bardzo dopracowana, tak więc podwójna pochwała z mojej strony :D
    Podoba mi się, jak rozwijacie ich relację - to przebiega tak naturalnie, że nie mogę wyjść z podziwu. Zaskoczyło mnie, tak w ogóle, że Oliwier ma dziewczynę, bo naprawdę byłam przekonana, że rozpatruje Zuzę w tych kategoriach. No, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego - a skoro Oliwier zadręczał się wyrzutami sumienia, to chyba jednak coś jest na rzeczy. Pewnie się dowiem, jak poczytam dalej :D
    A sam opis jazdy był obłędny, człowiek naprawdę czuł się, jakby sam tam był. No, albo tylko ja tak miałam, bo się nie chcę za innych wypowiadać, wiadomo :D W każdym razie naprawdę, macie tak ładny język, że aż szok. Nie mam pojęcia, która z Was pisze, ale moje wielkie gratulacje, naprawdę :)
    Standardowo wracam jutro albo pojutrze :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Coma.♥♥♥♥♥♥♥♥. Kocham kocham. Przy czytaniu słuchałam akurat "los cebula i krokodyle łzy" i pasowało idealnie. Kocham ta piosenka i twoje opowiadania ;*

    OdpowiedzUsuń

Szablon by Rowindale